Nobel Lecture |
|
8 grudnia 1980
I.
Moje znalezienie się na tej trybunie powinno
być argumentem dla tych wszystkich, którzy sławią daną nam od Boga, cudownie
złożoną, nieobliczalność życia. W moich latach szkolnych czytałem tomy wydawanej
w Polsce serii "Biblioteka Laureatów Nobla", pamiętam kształt liter i
kolor papieru. Myślałem wtedy, że laureaci Nobla to pisarze czyli ludzie produkujący
grube dzieła prozą i nawet kiedy już wiedziałem, że są wśród nich i poeci,
długo nie mogłem się pozbyć tego myślowego nawyku. A drukując w roku 1930
pierwsze wiersze w naszym piśmie uniwersyteckim pod tytułem "Alma Mater
Vilnensis" nie aspirowałem przecie do tytułu pisarza.
Tak samo dużo później, wybierając samotność i oddając się dziwacznemu zajęciu
jakim jest pisanie wierszy po polsku, choć mieszka się we Francji czy w Ameryce,
podtrzymywałem pewien idealny obraz poety, który jeżeli chce być sławny,
to tylko w swojej wiosce czy w swoim mieście.
Jeden z laureatów nagrody Nobla czytany w dzieciństwie w znacznym stopniu, myślę, wpłynął na moje pojęcia o poezji i rad jestem, że mogę tutaj o tym powiedzieć. Była to Selma Lagerlöf. Jej Cudowna podroż, książka, którą uwielbiałem, umieszcza bohatera w podwójnej roli. Jest on tym, który leci nad ziemią i ogarniają z góry, a zarazem widzi ją w każdym szczególe, co może być metaforą powołania poety. Podobną metaforę znalazłem później w łacińskiej odzie poety XVII wieku, Macieja Sarbiewskiego, który znany był w Europie pod pseudonimem Casimire. Na moim uniwersytecie wykładał poetykę. W tej odzie opisuje swoją podróż z Wilna do Antwerpii, gdzie ma przyjaciół-poetów - na grzbiecie Pegaza. Tak jak Nils Holgersson, ogląda w dole rzeki, jeziora, lasy, czyli mapę zarówno odległą i ukonkretnioną.
Tak więc dwa atrybuty poety: chciwość oczu i chęć opisu. Ktokolwiek jednak pojmuje poezję jako "widzieć i opisywać", musi być świadomy, że wkracza w poważny spór z nowoczesnością zafascynowaną niezliczonymi teoriami specyficznego poetyckiego języka.
Każdy poeta zależy od pokoleń, które pisały w jego rodzinnym języku, dziedziczy style i formy wypracowane przez tych, co żyli przed nim. Równocześnie jednak czuje, że te dawne sposoby wypowiedzi nie są dostosowane do jego własnego doświadczenia. Adaptując się, słyszy w sobie głos, który go ostrzega przed maską i przebraniem. Buntując się, popada z kolei w zależność od swoich rówieśników, od przeróżnych kierunków awangardy. Niestety, wystarczy, że wyda pierwszy tom wierszy, a jest już schwytany. Gdyż ledwo obeschnie farba drukarska, to dzieło które wydawało mu się czymś najbardziej własnym, ukazuje mu się jako uwikłanie w styl, jako zależność. Jedynym sposobem na niejasny wyrzut sumienia jest szukać dalej i wydać nową książkę, po czym wszystko się powtarza i nie ma końca tej pogoni. A może się nawet zdarzyć, że zostawiając tak za sobą książki niby zeschłą skórę węża, po to żeby uciekać w przód od tego co zrobiło się dawniej, dostaje się Nagrodę Nobla.
Czym jest ten zagadkowy impuls, który nie pozwala zadomowić się w tym co dokonane, skończone? Myślę, że jest to poszukiwanie rzeczywistości. Słowu temu nadaję znaczenie naiwne i dostojne, nie mające nic wspólnego z filozoficznymi sporami ostatnich stuleci. Jest to Ziemia widziana przez Nilsa z grzbietu gąsiora i przez autora łacińskiej ody z grzbietu Pegaza. Niewątpliwie ta Ziemia jest i bogactw jej żaden opis nie potrafi wyczerpać. Podtrzymywać takie twierdzenie znaczy odrzucić z góry słyszane dzisiaj często pytanie: "Cóż jest rzeczywistość?", bo jest ono tym samym co pytanie Poncjusza Piłata: "Cóż jest prawda?" Jeżeli pośród par przeciwieństw, którymi się co dzień posługujemy tak ważne jest przeciwieństwo życia i śmierci, to nie mniej ważne jest przeciwieństwo prawdy i fałszu, rzeczywistości i iluzji.
II.
Simone Weil, której pismom wiele zawdzięczam, powiada: "Dystans
jest duszą piękna". Bywa jednak, że jego
uzyskanie jest niemal niemożliwością. Jestem "Dzieckiem Europy", jak wskazuje
tytuł jednego z moich wierszy, ale jest to gorzkie, sarkastyczne stwierdzenie.
Jestem też autorem książki autobiograficznej, która w przekładzie francuskim
została nazwana Une autre Europe. Niewątpliwie, istnieją dwie Europy i zdarzyło
się tak, że nam, mieszkańcom tej drugiej, dane było zstąpić w "jądro ciemności" XX
wieku. I nie umiałbym mówić o poezji w ogóle, muszę mówić o poezji w jej spotkaniu
ze szczególnymi okolicznościami miejsca i czasu. Teraz, z perspektywy, widać
ogólne zarysy wydarzeń, które śmiercionośnym zasięgiem przewyższyły wszelkie
znane nam żywiołowe katastrofy, ale poezja moja i moich rówieśników, czy posługująca
się stylem awangardowym, czy odziedziczonym, nie była do przyjęcia tych wydarzeń
przygotowana. Niby ślepcy, poruszaliśmy się po omacku, narażeni na wszelkie
pokusy na jakie w tym naszym stuleciu wystawia sam siebie umysł. Nie jest
łatwo odróżnić rzeczywistość od iluzji kiedy żyje się w okresie wielkiego
przewrotu, który zaczął się paręset lat temu na małym zachodnim półwyspie euroazjatyckiego
lądu, po to żeby za jednego ludzkiego życia objąć całą planetę jednym kultem
- nauki i techniki. A szczególnie trudno było opierać się rozlicznym pokusom
na tych obszarach Europy, gdzie zwyrodniałe idee panowania nad ludźmi niby
nad Naturą doprowadziły do paroksyzmów rewolucji i wojny, kosztujących niezliczone
miliony ludzkich istnień, zabijanych fizycznie czy duchowo. Być może jednak
nie refleksja nad tymi ideami jest najcenniejszą naszą zdobyczą, nas, to jest
tych, którzy zetknęli się z nimi w ich aż nadto dotykalnym kozłałcie, ale
szacunek i wdzięczność dla tego wszystkiego co chroni ludzi od wewnętrznej
dezintegracji i uległości wobec przemocy. To właśnie było przedmiotem furii
złowrogich sił: pewne obyczaje, pewne instytucje, w pierwszym rzędzie wszelkie
związki między ludźmi istniejące organicznie, niejako same z siebie, podtrzymywane
przez rodzinę, religię, sąsiedztwo, wspólne dziedzictwo, jednym słowem cała
ludzkość nieporządna, nielogiczna, tak często określana jako śmieszna w swoich
prowincjonalnych przywiązaniach i lojalnościach. W wielu krajach tradycyjne
więzi civitas ulegają dzisiaj stopniowo erozji i ich mieszkańcy zostają
wydziedziczeni, nie zdając sobie z tego sprawy. Co innego jednak tam, gdzie
nagle, w sytuacji zagrożenia, ukazuje się tych
więzi chroniąca, życiodajna wartość. Tak było na ziemiach, z których
pochodzę.
Sądzę że tutaj jest właściwe miejsce aby wspomnieć o darach otrzymanych przeze mnie i moich przyjaciół w naszej części Europy, wymówić słowa błogosławieństw.
Dobrze jest urodzić się w małym kraju, gdzie przyroda jest ludzka, na miarę człowieka, gdzie w ciągu stuleci współżyły ze sobą różne języki i różne religie. Mam na myśli Litwę, ziemię mitów i poezji. I chociaż, moja rodzina już od XVI wieku posługiwała się językiem polskim, tak jak wiele rodzin w Finlandii szwedzkim, a w Irlandii angielskim, wskutek czego jestem polskim, nie litewskim, poetą, krajobrazy i być może duchy Litwy nigdy mnie nie opuściły. Dobrze jest słyszeć od dziecka słowa łacińskiej liturgii, tłumaczyć w szkole Owidiusza, uczyć się katolickiej dogmatyki i apologetyki. Jest błogosławieństwem jeżeli ktoś otrzymał od losu takie miasto studiów szkolnych i uniwersyteckich jakim było Wilno, miasto dziwaczne, barokowej i włoskiej architektury przeniesionej w północne lasy i historii utrwalonej w każdym kamieniu, miasto czterdziestu katolickich kościołów, ale i licznych synagog; w owych czasach Żydzi nazywali je Jerozolimą Północy. Dopiero też wykładając w Ameryce zrozumiałem jak wiele przeniknęło we mnie z grubych murów naszego starego uniwersytetu, z zapamiętanych formuł prawa rzymskiego, z historii i literatury dawnej Polski, które dziwią młodych Amerykanów swoimi szczególnymi cechami: pobłażliwą anarchią, rozbrajającym zaciekłe spory humorem, zmysłem organicznej wspólnoty, nieufnością wobec wszelkiej władzy scentralizowanej.
Poeta, który wyrósł w takim świecie powinien być poszukiwaczem rzeczywistości przez kontemplację. Drogi powinien mu być pewien ład patriarchalny, dźwięk dzwonów, oddzielenie się od nacisków i uporczywych żądań naszych bliźnich, cisza klasztornej celi, jeżeli księgi na stole to traktujące o tej niepojętej właściwości rzeczy stworzonych, jaką jest ich esse. I nagle wszystko to zostaje zaprzeczone przez demoniczne działania Historii, mającej wszelkie cechy krwiożerczego bóstwa. Ziemia, na którą poeta patrzył w swoim locie wzywa krzykiem zaiste z otchłani i nie pozwala się oglądać z wysoka. Powstaje niepokonalna sprzeczność, realna, nie dająca spokoju w dzień i w nocy, jakkolwiek ją nazwiemy, sprzecznością pomiędzy bytem i działaniem czy sprzecznością pomiędzy sztuką i solidarnością z ludźmi. Rzeczywistość domaga się, żeby ją zamknąć w słowach alejest nie do zniesienia i jeżeli dotykamy jej, jeżeli jest tuż, nie wydobywa się z ust poety nawet skarga Hioba, wszelka sztuka okazuje się niczym w porównaniu z czynem. Natomiast ogarnąć rzeczywistość tak, żeby zachować ją w całym jej odwiecznym powikłaniu zła i dobra, rozpaczy i nadziei, można tylko dzięki dystansowi, tylko wznosząc się nad nią - ale to z kolei wydaje się moralną zdradą.
Taka była sprzeczność sięgająca w samo sedno konfliktów XX wieku, odkryta przez poetów na ziemi skażonej zbrodnią ludobójstwa. Co myśli autor pewnej liczby wierszy które pozostają jako pamiątka tamtego czasu, jako świadectwo? Myśli, że zrodziły się z bolesnej sprzeczności i że byłoby lepiej, gdyby umiał ją rozwiązać, a one nie zostały napisane.
III.
Patronem wszystkich poetów wygnanych, odwiedzających
rodzinne okolice tylko we wspomnieniu, pozostaje Dante, ale jakże wzrosła
ilość Florencji od tamtego czasu! Wygnanie poety jest dziś prostą funkcją
względnie niedawnego odkrycia: że kto posiada władzę, może tez kontrolować
język, i to nie tylko przez zakazy cenzury ale przez zmienianie sensu słów.
Osobliwym zjawiskiem jest język społeczności nie-wolnej nabywającej pewnych
stałych przyzwyczajeń: całe strefy rzeczywistości przestają istnieć po prostu
dlatego, że nie mają nazwy. Jak się zdaje, istnieje ukryta więź pomiędzy
teoriami literatury jako écriture, mowy żywiącej się sama sobą,
i wzrostem totalitarnego państwa. W każdym razie nie ma powodu, żeby państwo
nie tolerowało działalności polegającej na tworzeniu wierszy i prozy pojmowanych
jako autonomiczne systemy odniesień, zamknięte w swoich granicach. Tylko
jeżeli przyjmiemy, że poeta stale dąży do wyzwalania się od stylów zapożyczonych
bo szuka rzeczywistości, jest niebezpieczny. W sali, gdy wszyscy zgromadzeni
zgodnie podtrzymują zmowę przemilczeń, jedno słowo prawdy brzmi jak strzał
z pistoletu i, co gorsza, pokusa zęby je wypowiedzieć, podobna do gwałtownego
świerzbienia, staje się obsesją, która nie pozwala myśleć o niczym innym.
Taki jest powód dla którego poeci wybierają wygnanie. Nie jest jednak pewne
czy chodzi tu głównie o przejęcie się aktualnością czy o pragnienie zęby
się od niej wyzwolić i w innych krajach, na innych brzegach, móc choćby chwilami
odzyskać swoje prawdziwe powołanie, którym jest kontemplacja Bytu.
Ta nadzieja jest jednak dość złudna, bo przybysz z naszej "innej Europy" wszędzie, gdziekolwiek się znajdzie, spostrzega, że od nowego środowiska dzieli go jego zasób doświadczeń, co z kolei może się stać źródłem obsesji. Na planecie, która maleje z każdym rokiem, przy fantastycznym rozwoju środków przekazu, odbywa się proces dotychczas wymykający się określeniom, a który można nazwać odmową pamięci. Z pewnością analfabeci ubiegłych wieków - czyli ogromna większość ludzkości - niewiele wiedzieli o historii swoich krajów czy swojej cywilizacji. Natomiast w umysłach nowoczesnych analfabetów, umiejących czytać i pisać, nawet uczących młodzież w szkołach i na uniwersytetach, historia jest obecna, ale w dziwnym pomieszaniu i zamgleniu: Moliere staje się współczesnym Napoleona, Voltaire-Lenina. Również wydarzenia ostatnich dekad o znaczeniu tak zasadniczym, że wiedza albo niewiedza o nich przesądzi o losach naszego gatunku, oddalają się, bledną, tracą wszelką konsystencję, jakby dosłownie spełniała się przepowiednia Nietzschego o nihilizmie europejskim. "Oko nihilisty - pisał Nictzsche w 1887 roku - jest niewierne wobec wspomnień: pozwala im obnażyć się, stracić liście; ... A czego nihilista nie umie zrobić dla siebie, nie umie też zrobić dla całej przeszłości ludzkiego gatunku: pozwala jej przepaść". Pełno też już zmyśleń o przeszłości sprzecznych z najprostszym zdrowym rozsądkiem i elementarnym poczuciem zła i dobra. Jak doniósł niedawno "The Los Angeles Times", ukazało się w rożnych krajach około sto książek dowodzących, że the Holocaust nigdy nie było, że wynalazła lo żydowska propaganda. Jeżeli taki obłęd jest możliwy, czyż zupełnie nieprawdopodobna jest powszechna utrata pamięci jako stan permanentny i czy nie byłoby to groźbą większą niż manipulacja genami albo zatrucie naturalnego środowiska?
Dla poety z "innej Europy" wydarzenia obejmowane nazwą the Holocaust są rzeczywistością tak bliską w czasie, że może on próbować uwolnić się od ich stałej obecności w jego wyobraźni chyba tyko tłumacząc Psalmy Dawida. Czuje jednak lęk, kiedy znaczenie lego wyrazu ulega stopniowo przekształceniom, tak że wyraz ten zaczyna należeć tylko do historii Zydów, tak jakby ofiarą zbrodni nie padły także miliony Polaków, Rosjan, Ukraińców i więźniów innych narodowości. Czuje lęk dlatego, że jest w tym jakby zapowiedź być może niedalekiego jutra, kiedy z historii zostanie to tylko, co ukaże się na ekranie telewizji, natomiast prawda, jako zbyt skomplikowana, zostanie pogrzebana w archiwach, jeżeli w ogóle nie zostanie unicestwiona. Również inne fakty, dla niego bliskie, dla ludzi Zachodu odległe, sprawiają, że nabiera dla niego wiarygodności wizja H. C. Wellsa w Wehikule czasu: Ziemia zamieszkała przez plemię dzieci dnia, beztroskie, pozbawione pamięci i tym samym historii, bezbronne wobec mieszkańców podziemnych pieczar, ludożerczych dzieci nocy.
Unoszeni przez ruch technologicznej przemiany, wiemy, że zaczęło się jednoczenie naszej planety i przywiązujemy wagę do pojęcia międzynarodowej wspólnoty. Daty utworzenia Ligi Narodów i następnie Organizacji Narodów Zjednoczonych zasługują na to żeby je pamiętać. Niestety, tracą wagę w porównaniu z inną datą, która powinna być obchodzona co roku jako dzień żałoby, podczas gdy młode pokolenia o niej nie słyszą. Jest to dzień 23 sierpnia 1939 roku. Dwaj dyktatorzy zawarli wtedy umowę zaopatrzoną w tajną klauzulę o podziale między siebie sąsiednich krajów, mających własne stolice, rządy i parlamenty. Oznaczało to nie tylko rozpętanie straszliwej wojny. Wprowadzona znów została kolonialna zasada w myśl której narody nie są niczym innym niż trzodą, kupowaną, sprzedawaną, całkowicie zależną od woli każdorazowego właściciela. Ich granice, ich prawo do samostanowienia, ich paszporty przestały istnieć. I można się tylko zdumiewać jeżeli dzisiaj mówi się szeptem, kładąc palec na ustach, o zastosowaniu tej zasady przez dyktatorów czterdzieści lat temu. A przecie nie wyznane i nie potępione publicznie występki przeciwko prawom ludzkim są trucizną, która działa powoli i zamiast przyjaźni stwarza nienawiść między narodami.
Antologie poezji polskiej podają nazwiska moich przyjaciół, Władysława Sebyły i Lecha Piwowara oraz datę ich śmierci, 1940. Jest absurdem, że nie wolno napisać jak zginęli, chociaż każdy w Polsce zna prawdę: podzielili los wielu tysięcy oficerów polskich, rozbrojonych i internowanych przez ówczesnego wspólnika Hitlera i są pochowani w masowym grobie, l czyż młode pokolenia na Zachodzic, jeżeli w ogóle uczą się historii, nie powinny wiedzieć o dwustu tysiącach ludzi poległych w 1944 roku w Warszawie, mieście skazanym na zagładę przez obu wspólników?
Dwaj dyktatorzy-ludobójcy dawno nie żyją, kto wie jednak czy nie odnieśli zwycięstwa o trwalszych skutkach niż zwycięstwa czy klęski ich armii. Wbrew oświadczeniom Karty Atlantyckiej zasada, że kraje są przedmiotem handlu albo nawet gry w karty czy w kości została zatwierdzona przez podział Europy na dwie strefy. A stałym przypomnieniem o spadku po dwóch dyktatorach jest nieobecność trzech państw bałtyckich wśród członków Organizacji Narodów Zjednoczonych. Przed wojną te państwa należały do Ligi Narodów ale znikły z mapy Europy w wyniku tajnych klauzul do układu z 1939 roku.
Niech mi będzie wybaczone obnażanie pamięci jako rany. Przedmiot ten nie jest bez związku z moją medytacją nad źle często używanym, a przecie godnym szacunku słowem rzeczywistość. Skarga ludów, pakty bardziej zdradzieckie niż te, o jakich czytamy u Tukydydesa, kształt liścia klonu, wschody i zachody słońca nad oceanem, cała ta tkanina przyczyn i skutków, czy nazywamy ją Naturą czy Historią wskazuje, jak wierzę, na rzeeczywistość inną, dla nas nie do przeniknięcia, choć nieskończone dążenie do niej jest napędem wszelkiej nauki i sztuki. Chwilami wydaje mi się, że odcyfrowuję sens nieszczęść, jakimi zostały dotknięte narody "innej Europy" i że jest nim zachowanie pamięci, wtedy kiedy Europa bez przymiotnika i Ameryka zdają się mieć jej coraz mniej z każdym pokoleniem. Być może jest tak, że nie ma innej pamieçi niż pamięć ran, jak tego dowodzi Biblia, kronika ciężkich prób Izraela. Księga ta długo pozwalała narodom europejskim zachować zmysł ciągłości, który nie jest tym samym co modny dziś termin historyzm.
W ciągu trzydziestu lat spędzonych przeze mnie za granicą czułem się bardziej uprzywilejowany niż moi zachodni koledzy, czy piszący czy wykładający literaturę, bo wydarzenia i niedawne i bardzo dawne, sprzed wieków, przybierały w moim umyśle kształt ostry, precyzyjny. Zagraniczna publiczność stykająca się z wierszami czy powieściami pisanymi w Polsce, w Czechosłowacji, na Węgrzech, albo oglądająca produkowane tam filmy, zapewne odgaduje podobnie wyostrzoną świadomość w ciągłej walce z ograniczeniami cenzury. Pamięć jest więc tą naszą, nas wszystkich z "innej Europy" siłą, ona to chroni nas od mowy owijającej się sama o siebie, jak bluszcz owija się o siebie kiedy nie znajduje oparcia w murze albo pniu drzewa.
Przed chwilą wyraziłem tutaj tęsknotę do pozbycia się sprzeczności jaka zachodzi pomiędzy potrzebą dystansu i poczuciem solidarności z ludźmi. Jeżeli jednak uznamy lot nad ziemią, czy na grzbiecie gąsiora czy Pegaza, za metaforę powołania poety, nietrudno zauważyć, że już w niej zawiera się sprzeczność, bo jak być ponad i równocześnie widzieć ziemię w każdym szczególe? A jednak, przy chwiejnej równowadze przeciwieństw, pewna harmonia może być osiągnięta dzięki dystansowi, jaki wprowadza sam upływ czasu. "Widzieć" znaczy nie tylko mieć przed oczami, także przechować w pamięci, "widzieć i opisywać" znaczy odtwarzać w wyobraźni. Dystans, jaki stwarza tajemnica czasu nie musi zmieniać wydarzeń, krajobrazów, twarzy ludzkich, w gmatwaninę coraz bardziej blednących cieni. Przeciwnie, może je ukazywać w pełnym świetle, tak, że każdy fakt, że każda data nabiera wyrazu i trwa na wieczne przypomnienie ludzkiego znieprawienia, ale i ludzkiej wielkości. Ci, którzy żyją, otrzymują mandat od tych wszystkich, którzy umilkli na zawsze. Wywiązać się ze swego obowiązku mogą tylko starając się odtworzyć dokładnie to co było, wydzierając przeszłość zmyśleniom i legendom. Tak ziemia widziana z wysoka, w wiecznym teraz, i ziemia trwająca w odzyskanym czasie stają się na równi materiałem poezji.
IV.
Nie chciałbym stwarzać wrażenia, ze mój umyst zwrócony
jest ku przeszłości, bo nie byłoby to prawda. Jak wszyscy moi współcześni
byłem skłonny do rozpaczy, do przewidywania bliskiej zagłady, i wyrzucałem
sobie uleganie nihilistycznej pokusie. Na głębszym jednak poziomie poezja
moja, jak mi się zdaje, pozostała zdrowa i wyrażała tęsknotę do Królestwa
Prawdy i Sprawiedliwości. Nazwisko człowieka, który nauczył mnie, że nie
trzeba poddawać się rozpaczy, powinno być tutaj wspomniane. Otrzymujemy dary
nie tylko od naszego rodzinnego kraju, jego rzek i jezior, jego tradycji,
ale także od ludzi, zwłaszcza jeżeli silną osobowość spotkamy we wczesnej
młodości. Miałem to szczęście, że traktował mnie prawie jak syna mój krewny
Oskar Miłosz, paryski samotnik i wizjoner. Jak się stało, ze był francuskim
poetą, wyjaśnić mogłyby zawiłe dzieje rodziny i kraju zwanego niegdyś Wielkim
Księstwem Litewskim. Jakiekolwiek są przyczyny, można było niedawno czytać
w prasie paryskiej wyrazy żalu, że najwyższe międzynarodowe odznaczenie
pół wieku wcześniej nie przypadło poecie tego samego co moje nazwiska.
Wiele nauczyłem się od niego. Dał mi głębsze zrozumienie religii Starego i Nowego Testamentu i narzucił potrzebę ścisłej, ascetycznej hierarchii we wszystkich sprawach umysłu, łącznie ze wszystkim co dotyczy sztuki. Tutaj za największy grzech uważał stawianie tego co drugorzędne na równi z pierwszorzędnym. Przede wszystkim jednak słuchałem go jak się słucha proroka, który, jak sam mówił, kochał ludzi "starą miłością zużytą przez litość, samotność i gniew" i dlatego rzucał ostrzeżenie szalonemu światu pędzącemu ku katastrofie. Dowiadywałem się od niego, ze katastrofa jest nieunikniona, ale też dowiadywałem się, że wielki pożar wróżony przez niego będzie tylko częścią szerszego dramatu, który musi być dograny do końca.
Głębsze przyczyny widział w błędnym kierunku obranym przez naukę XVIII wieku, co spowodowało lawinowe skutki. Nie inaczej niż William Blake przed nim, zapowiadał Wiek Nowy, powtórny renesans wyobraźni dzisiaj skażonej przez pewien typ naukowej wiedzy, ale, jak wierzył, nie przez każdą naukową wiedzę, napewno nie tę jaką odkryją ludzie przyszłości. Nie ma znaczenia w jakim stopniu brałem jego przepowiednie dosłownie, ważna była ogólna orientacja.
Oskar Miłosz, tak jak William Blake, czerpał inspirację z pism Emanuela Swedenborga, uczonego, który wcześniej niż ktokolwiek przewidział klęskę człowieka czającą się w newtonowskim modelu wszechświata. Kiedy, dzięki memu krewnemu, stałem się uważnym czytelnikiem Swedenborga, interpretując go zresztą nie tak jak to było przyjęte w erze romantyzmu, nie spodziewałem się, że odwiedzę jego kraj po raz pierwszy przy takiej jak obecna okazji.
Nasze stulecie dobiega końca i głównie dzięki takim wpływom nie odważyłbym się mu złorzeczyć, bo było to także stulecie wiary i nadziei. Odbywa się głęboka przemiana, której nie jesteśmy prawie świadomi, bo sami jesteśmy jej częścią, i od czasu do czasu daje znać o sobie w zjawiskach, które budzą powszechne zdumienie. Przemiana ta ma związek z tym co, że użyję słów Oskara Miłosza, stanowi "najgłębszy sekret mas pracujących, bardziej niż kiedykolwiek żywych, chłonnych i pełnych wewnętrznej udręki". Ich sekret, nie wyznana potrzeba prawdziwych wartości, nie znajduje języka w jakim mogłaby się wyrazić i tutaj nie tylko środki masowego przekazu, także intelektualiści ponoszą ciężką odpowiedzialność. A jednak przemiana dalej się odbywa, wbrew przewidywaniom na krótką metę i jest prawdopodobne, że mimo horrorów i niebezpieczeństw, nasz czas będzie oceniony jako nieunikniona faza porodowych bólów, zanim ludzkość nie wstąpi na nowy próg świadomości. Wtedy pojawi się nowa hierarchia zasług i jestem przekonany, że Simone Weil i Oskar Miłosz, pisarze w których szkole byłem posłusznym uczniem, otrzymają co im się należy. Wydaje mi się, że powinniśmy publicznie oświadczać o naszym przywiązaniu do pewnych nazwisk, bo w ten sposób jaśniej określamy naszą pozycję, niż wymieniając nazwiska, którym przeciwstawiamy się gwałtownie. Mam nadzieję, że ten odczyt, mimo meandrów myśli, co jest zawodowym nałogiem poetów, pokazuje wyraźnie moje "tak" i "nie", w każdym razie tam gdzie chodzi o sukcesję. Bo wszyscy którzy tu jesteśmy, i mówca i słuchacze, stanowimy jedynie ogniwa pomiędzy przeszłością i przyszłością.
From Les Prix Nobel. The Nobel Prizes 1980, Editor Wilhelm Odelberg, [Nobel Foundation], Stockholm, 1981
Copyright © The Nobel Foundation 1980